
Dwudziesta odsłona Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi oficjalnie dobiegła końca. Był to zdaje się mój trzeci łódzki festiwal i przyznaję, że rok po roku jest co raz lepiej. I to nawet organizacyjnie chyba. Zazwyczaj nie zwracam na to specjalnie uwagi bo na festiwal wybieram się żeby zobaczyć znajome mordki, z którymi później oddaję się czynnościom, których nie wypada na łamach bloga opisywać. W tym roku formuła festiwalu rozszerzyła się o gry. Niestety część z nimi związana odbywała się w miejscu oddalonym o solidne kilka przystanków więc nie sprawdziłem jak to wyglądało. Zawody kobiet w Counter Strike’a jednak trochę kusiły.
Czytelnikiem komiksów wielkim nie jestem więc standardowo zakupiłem niewiele; trzymające poziom, jednak minimalnie mniej śmieszne niż poprzednie zeszyty, Wartości rodzinne Śledzia oraz Łaumę, której jeszcze nie zdążyłem przeczytać. Album KaeReLa zbiera bardzo dobre recenzję i wierzę, że jest świetny.

Rysunek Karola w Łaumie dla mnie
Gwiazdą tegorocznego festiwalu był dla mnie Ramón Pérez, autor m.in. komiksów internetowych Butternut Squash i Kukuburi. Właściwie to mogę powiedzieć, że pierwszy raz na jakimkolwiek konwencie komiksowym (z tych dwóch co mamy) przyjechał autor zagraniczny, na spotkanie, z którym na prawdę się cieszyłem. No ale życie jest oczywiście nieprzewidywalne i wiecznie robi nam psikusy. Spotkanie zostało przeniesione na godzinę 10:45 więc jak dla mnie po nocy balowania godzina raczej zabójcza. Za to później okazało się, że Ramón siedział sobie przy stoliku, rysował i sprzedawał papierowe Butternut Squash, o którego wydaniu nawet nie wiedziałem. I to za jedyne 8 ziko! Ramón okazał się przemiłym kolesiem co było szczególnie widoczne przy zestawieniu go z siedzącym obok, jak za karę, gburowatym Rosińskim.

Rysunek Ramona
Dostałem też dwa ziny, w których umoczyłem palce. Karton wyszedł naprawdę fajnie. Jeśli czytaliście go i macie pewien niedosyt to obiecuję, że kolejny numer będzie o wiele lepszy :) Kolektywu jeszcze nie przeczytałem. Jak na razie nie jestem zbyt zadowolony z jakości druku co szczególnie widać w komiksie Daniela Chmielewskiego i moim. Nie czuć tego wkładu pracy. Mimo wszystko nie jest tak źle i polecam zapoznanie się z tą pozycją.
Z części nieoficjalnej myślę, że higlightem była bitwa breakdance’owa w sobotę wieczorem oraz przejażdżka taxi Subaru Impreza później tej nocy (”Bierz pan tego Mercedesa!”). Co roku jakoś tak się składa, że MFK pokrywa się z moimi urodzinami. Cieszę się z tego bardzo bo świętować w takim towarzystwie to przyjemność wielka. Dziękuję wszystkim za fantastycznie spędzony czas, pozdrawiam i do zobaczenia w marcu.
Na koniec dorzucam skrót z gali rozdania nagród. Jeśli kiedyś coś wygram to chciałbym aby Bartosz Sztybor odebrał nagrodę w moim imieniu ;)







October 6th, 2009 at 1:49 pm
“Karton wyszedł na prawdę fajnie.”
“naprawdę” się pisze
A czyta się całkiem miło. :)
ruda z forum HH ^^
October 6th, 2009 at 2:23 pm
Oczywiście, że tak. Dzięki.